Roztrzepane, wiecznie spóźnione, gubiące wszystko, co się da i zapominające o najważniejszych rzeczach. Czy takie dwie są w stanie przeżyć na końcu świata? Czy jest możliwe, że wszystko pójdzie po ich myśli? Czy czeka je tylko seria niepowodzeń? Dwa pokolenia blondynek w Indiach. Moja podróż z mamą.
RSS
poniedziałek, 11 marca 2013

Ostatni dzień postnowiłyśmy poświęcić na zakupy. I szybko zerknąć na świątynię Akshardam (hah!). Jeszcze się nie nauczyłam, że powinnyśmy planować jedną rzecz na jeden dzień.


Do nowo wybudowanej świątyni nie wolno wnosić żadnych rzeczy osobistych. Kolejka do przechowalni jest gigantyczna, wszyscy wypełniają formularze, w których informują o PINie do telefonu, który zostawiają wraz z całym swoim dobytkiem.
Pobyt w świątyni zajął nam około 7 godzin i był magicznym doświadczeniem. Po pierwsze uświadomił mi, że dobrze jest stawiać budynki z założeniem, że w przyszłości staną się zabytkami, odwiedzanymi przez turystów, zachwycających się kunsztem XXI wiecznych artystów. Gdy wszystko inne się już zawali.
Po drugie atmosfera w świątyni sprawia, że ma się ochotę spacerować bez końca lub przysiąść gdzieś z boku i kontemplować. A jest nad czym.
Świątynia ta powstała ku czci guru Swaminarayana, którego historia, podobna do drogi oświecenia Buddy, skłania do myślenia.

Myślicie pewnie, że i tak za 10 lat Akshardam zniknie pod stertą śmieci. Otóż jest to miejsce, w którym człowiek może stać się lepszy. Każdy śmieć rzucany na ziemię przypadkiem natrafia na kosz. Kluczem do sukcesu jest odpowiednie zagęszczenie kubłów na śmieci (ok. 5 na osobę)!

Wreszcie po odwiedzeniu wszystkich sklepików z pamiątkami i knajpek, udało nam się wyjść. Czas na zakupy! Najlepsze zostawiłyśmy na koniec:D
Szkoda tylko, że o godz. 18.00... Mogli nas uratować już tylko miejscowi. Pojechałyśmy więc odwiedzić znajomych, z którymi spędziłyśmy miło wieczór na szukaniu zimowych skarpetek z jednym palcem (do noszenia w japonkach) i malowaniu tradycyjnego mehendi na dłoniach, które będzie mi przypominać o Indiach przez następne dwa tygodnie.

mehendi


Przed nami trzy godziny snu i... żegnajcie Indie!

Przeżyłyśmy! Widać nie takie z nas znowu blondynki ;)
Do następnego razu!

sesja z mamą

niedziela, 10 marca 2013

Poranna podróż pociągiem, ostatnia już na naszej trasie, uświadomiła nam, że to już prawie koniec - wracamy do domu.
Rajastan pożegnał nas czerwonym wschodem słońca - kiczowatym, lecz pięknym, jak Indie, które widzi większość turystów, obsługiwanych przez biura podróży. Taką polską grupę spotkałyśmy, doczłapawszy prosto z dworca do grobowca Humayuna - pierwowzoru Taj Mahal. Poznani przez nas wycieczkowicze przylecieli poprzedniego dnia, przywieziono ich do kilku atrakcji, następnego dnia mieli zaplanowany kolejny samolot, po wyjściu z którego przesiedli się znowu w autokar, który przetransportował ich cztery litery do wszystkich zabytków architektury Mogołów (to nic, że te budowle więcej mają wspólnego z Persją niż Indiami), by mogli zobaczyć Indie w pigułce - piękne jak wschód słońca w Rajastanie. Zero indyjskiego syfu, śmieci, pułapek i kłamstw - zero rozczarowań. Bo prawdziwe Indie można pokochać lub znienawidzić od pierwszego wejrzenia. Biuro podróży na wszelki wypadek nie zostawia takiego wyboru.

wschód słońca


Delhi to już ostatnie miejsce na naszej indyjskiej trasie. Próby wyciśnięcia z ostatnich dwóch dni jak najwięcej oczywiście zdały się na nic. W marnotrawieniu czasu oczywiście pomógł nam rikszarz, liczący na zarobek w postaci prowizji z hotelu, do którego nas zawiezie. Dlatego zawzięcie woził nas nie tam, gdzie prosiłam, czym doprowadził mnie do szewskiej pasji. Byłam już tak wściekła i zmęczona tym, że nie mogę sobie sama popatrzeć na mapę i powybierać, gdzie teraz pójdę, że postanowiłam nie zgodzić się na nic, co mi zaproponują, choćby to miał być nocleg w pałacu. Odwróciłam się na pięcie i poszłam przed siebie, prowokując w ten sposób do pościgu wszystkich hotelarzy, którym odmówiłam oraz naszego rikszarza, chcącego za wszelką cenę zarobić jako naganiacz.
Nic z tego.
Ja chcę sama!

ja z plecakiem

mama z walizką

Blondynka z walizeczka. W środku jest czajnik elektryczny i lokówka. To tak na marginesie;)

ja i mama na trawie

Wściekła z powodu straconego czasu wyciągnęłam mamę w kierunku Czerwonego Fortu, czyli czegoś w stylu PKiN w Delhi - najpopularniejszego symbolu miasta. Także tym razem to nie Fort był naszym celem, lecz droga do niego: metro, slalom w deszczu pomiędzy ludźmi, załatwiającymi swoje potrzeby fizjologiczne, tłumy ludzi na ciemnej ulicy i przechodzenie przez jezdnię pomiędzy gnającymi autami. Na końcu czekała nas opowieść o historii miasta, towarzysząca pokazowi 'światło i dźwięk', który nie cieszył się zbyt dużą popularnością tej nocy. Wreszcie rozpadało się na dobre i tyle było zwiedzania.
Chociaż tak sobie myślę, że samo przebywanie w zupełnie pustym forcie w środku nocy może być ciekawsze od dokładnego zwiedzania w upale wśród tłumu turystów.

red fort

środa, 27 lutego 2013

Udało nam się zebrać ekipę do wesołego jeepa i wyruszyliśmy w kierunku tajemniczej twierdzy górującej nad parkiem narodowym.
Po pokonaniu 200 stopni (---> patrz foto z księżniczką), znalazłyśmy się w miejscu niegdyś opływającym bogactwem i luksusem, dziś opanowanym przez wszechobecne langury i chaszcze.

lektyka

Fort w Ranthambore jest drugim co do wielkości w Indiach, a w obrębie murów znajdują się liczne zabudowania oraz kilka jezior. Chociaż to już tylko ruiny, zachowały swój niezwykły charakter "zapomnianej twierdzy" w dżungli. Z tym, że wcale o niej nie zapomniano, a po drodze spotyka się mnóstwo hindusów, pielgrzymujących do, znajdującej się wewnątrz, świątyni, przed którą stado małp walczy o rozsypane przez kogoś ziarna, a między nimi plączą się głodne szczury.

langur

fort

mama fort ranthambore

Znowu mieliśmy cichą nadzieję na spotkanie tygrysa, gdyż poprzedniego dnia rano widziano go, jak przechadzał się po drodze wjazdowej do fortecznego ogrodu. Kolejny raz nic z tego. Zrekomensuję sobie ten brak zimnym, chyba najdroższym w całych Indiach, piwem Kingfisher. On zdecydowanie rzuca się w oczy (kingfishera, czyli zimorodka widziałam w parku).

nieustraszone zwierzęta

paw

To był ostatni dzień leniuchowania, trzeba złapać trochę słońca, żeby po powrocie nikt nie wątpił, że byłyśmy w ciepłych (fajnie by było) krajach.

opalanie

Zdjęcie w ulubionym stylu mojej mamy - jedno z serii: Ja i Taj Mahal, Ja i Świątynia, Ja i Dżungla itd.
Obiecałam jej, że otoczenie się wytnie, żeby nie szpeciło zdjęcia.

mama portet

poniedziałek, 25 lutego 2013

Gdzie powinny wybrać sie dwie księżniczki, jak nie do krainy rodem z baśni tysiąca i jednej nocy, gdzie maharadżowie przechadzali się w ogrodach otaczających pełne przepychu i luksusu pałace - do Radżastanu. Wbrew pozorom to dzięki maharadżom, lubiącym polować na tygrysy w swoich ogrodach, te piękne zwierzęta zostały objęte ochroną. Park Narodowy Ranthambore to bajkowy ogród maharadży, do którego każdy przyjeżdża z jedną ambicją - zobaczyć tygrysa.
Ci, którym nie udaje się go wytropić, zazwyczaj wyjeżdżają rozczarowani, czego kompletnie nie rozumiem.
To, że komukolwiek udaje się zobaczyć jakiekolwiek zwierzę jest według mnie cudem, biorąc pod uwagę to, jakie auta wyruszają na safari - ogromne warczące ciężarówki, przed którymi uciekałby każdy.

counter

Jeszcze nie zdążyliśmy przekroczyć bramy parku, a ja już dzięki owadom przekonałam się, że nie należy jechać z otwartą buzią. W sumie nieźle się najadłam, ponieważ trudno było się nie rozdziawiać na widok tego wszystkiego.
Mijaliśmy pawie i langury, a ja denerwowałam się - dlaczego się nie zatrzymujemy? Czy oni tego nie widzą?! Stać!
Szybko się przekonałam, że to nic takiego,nkiedy zaraz po tym wielki langur wskoczył na moją współpasażerkę w nadziei na jakiś smakołyk i już byłam gotowa na wszystko. Wielkie sambary nadstawiały uszy z ciekawością, podchodząc na wyciągnięcie ręki. Aksisy prezentowały dumnie swe poroża leżąc beztrosko na poboczu. W wodzie trwały nieruchomo krokodyle, niezwracające uwagi na brodzące w pobliżu ptactwo. Między nogami jeleni spacerowały pawie.
A wszystko rozgrywało się pośród strumyków i wodospadów, wśród wielkich wędrujących drzew - świętych banianów. Las zwrotnikowy przeplatał się z sawanną, nad nimi z gąszczu wyłaniała się twierdza rodem z Księgi Dżungli.
Otaczały nas dźwięki i zapachy lasu. O ciężarówce i ryku silnika przypominała mi tylko konieczność trzymania się mocno, by nie wybić sobie zębów.

W pewnym momencie usłyszałam ciche krzyki:
-Sloth bear! See?
Zaczęłam się zastanawiać, czy chodzi o leniwca niedźwiedziego (leniwiec tutaj?) czy po prostu o leniwego niedźwiedzia. Po czym wyłonił się zza drzewa.

wargacz

Misia, w Polsce nazywanego wargaczem, jest dużo trudniej spotkać niż tygrysa, gdyż prowadzi on nocny tryb życia. Tygrysa nie widziałam, widziałam za to wargacza. Czy możemy przemianować wyprawę na 'polowanie na wargacza'? Coś mi się wydaje, że brzmi lepiej;P 

sambary pion

widok

sambar

piątek, 22 lutego 2013

Podróżnik już ma takie niewdzięczne zajęcie, że lenić się nie może. Bo jak tu leżeć do góry brzuchem, kiedy wokół tyle piękna? Kiedy wyjazd taki krótki, a kilometrów do przebycia tak wiele. I nieprzerwane poczucie, że zdąży się zobaczyć tylko troszeczkę. I że trzeba będzie tu wrócić.
-Następnym razem. - zawsze się tak mówi.
Dlatego trasę planuje się tak, żeby choć na chwilę utknąć w miejscu, w którym nie ma prawie nic. Żeby lenistwo było usprawiedliwione. Nie idę nigdzie, bo nie mam dokąd.
A ja mam teraz już dosyć. W końcu jestem na wakacjach, czy nie? Teraz chcę odpocząć. Zaszyć się w jakimś małym miasteczku, najlepiej w dżungli.
Sawai Madhopur - Ranthambore National Park, ogród Maharadży - to jest to.

piszę bloga

Ciężki proces twórczy.

punjabi my

ja punjabi

rajastan

Piękny Rajastan

W Jaipurze zostałyśmy przechwycone przez wujka kierowcy tuk-tuka, z którym zwiedzałyśmy Agrę. Umówiłyśmy się, że zawiezie nas rano do fortu, odległego o 10 km. Różowe miasto - jak nazywany jest Jaipur- planowałyśmy odwiedzić same, mimo zapewnień rikszarza, że jego pomoc jest nam niezbędna.
Czas i moja mama zweryfikowali moje plany. Rikszarz też maczał w tym palce. A to dlatego, że na sam początek zawiózł nas do sklepu z tekstyliami! Moja mama beztroska w swoim żywiole, a ja zniecierpliwiona zerkałam tylko na zegarek - o 17.00 odjeżdżał nasz pociąg. Upływające godziny, spędzone na przerzucaniu szmat przez Blondynkę nr 1, dały początek mojej frustracji. Już straciłam nadzieję na spacer po różowym mieście. W planie nadal był Amber Fort. Kiedy wybrałam dla siebie tradycyjne, szyte na miarę, punjabi, na które moja mama od godziny kręciła nosem, nagle zapragnęła mieć takie samo. Wybieranie zaczęło się od nowa. Świadoma kosztów, związanych z opłaceniem rikszarza na cały dzień oraz przebukowaniem biletów na pociąg, coraz bardziej traciłam entuzjazm. Jakimś cudem w końcu udało nam się wyjść ze sklepu.

Amber Fort okazał się istnym labiryntem. Tak jak wiele lat temu kobiety z haremu maharadży, mieszkające w tej bursztynowej klatce, gubiłam się w zaułkach, wyglądałam przez ażurowe okienka, ukrywające je przed wzrokiem obcych. Czułam się momentami jak księżniczka lub przynajmniej jedna z tych szczęściar, które maharadża zabierał na jedną noc do pałacu na wodzie.

Amber Fort

mama i panie


Z rozmarzenia wyrywała mnie mama, którą ja z kolei próbowałam wyrwać ze szponów ulicznych sprzedawców pamiątek.

Myślałam, że nic już nie jest w stanie spotęgować mojego zachwytu i szacunku dla kunsztu rzemieślników i architektów tamtych czasów po tym, co do tej pory widziałam, kiedy zobaczyłam świątynię Sivy, zbudowaną z misternie rzeźbionych bloków kamiennych.

swiatynia siwy

I znów powrót do rzeczywistości. Sklep. Decydując się na wejście do niego, musiałyśmy odpuścić dzisiejszy pociąg. Rozpoczęłyśmy negocjacje wraz z konsekwencjami, jakimi był upływający czas. Gdy wynegocjowałam lepszą cenę niż zakładałyśmy, moja mama zmieniła zdanie. Chyba muszę wrócić się do świątyni i poprosić o cierpliwość w zamian za kilka rupii.

Skoro nie ma ani zakupów, ani pociągu to zobaczmy dokąd jadą te słonie.

slonie na drodze

Troszkę przestraszone wdrapałyśmy się na grzbiet gigantycznego Ramu, który przespacerował się z nami po okolicy. Kontakt z tymi łagodnymi, mądrymi zwierzętami naprawdę pomaga odzyskać wiarę w sens.

na słoniu

ja i słoń

Jednak cały czas niepokoił mnie brak pełnej kontroli nad sytuacją. Uratować mnie mógł jedynie zakupiony nowy bilet w dłoni. Mimo to postanowiłyśmy zajechać po drodze do pewnego polecanego 'Astrology man', który okazał się guru, nauczającym jogi kundalini. Rezydował w sklepie z biżuterią i naprawdę był inny niż wszyscy. Bałam się trochę, że usłyszę, tak jak podczas mojej poprzedniej wizyty w Indiach, że mam w sobie diabła, lecz ku mojemu zdziwieniu on wolał rozmawiać z moją mamą.  Niestety nie miał już czasu i zaprosił nas do siebie jutro.

Wieczorem wróciła dobra passa. Udało mi się zwrócić niewykorzystany bilet, a nowy dostałam za grosze w najgorszej klasie - drugiej bez miejscówek! To lubię:) Do tego zarządziłam zmianę hotelu na tańszy ze względu na wydatki dzisiejszego dnia i wreszcie znalazłyśmy pokój bez okna i bez łazienki:D Ale za to w czystym i wypasionym hotelu, w którym zarówno pracujący tam chłopcy, zalecający się do mojej mamy, jak i szef, okazali się być przemili. Żałowałyśmy, że nie zostajemy w Jaipurze na dłużej. Bo przecież nie widziałyśmy 'różowego miasta', czyli tego, po co przyjechałyśmy;)


krowa

Incredible Ind!a

czwartek, 21 lutego 2013

Postanowiłyśmy zobaczyć Taj Mahal o wschodzie słońca. Wiem, trudno uwierzyć, że znalazłam się wśród najambitniejszych. Po odstaniu godziny w ciemności w kolejce, naszym oczom ukazała się patetyczna budowla, naywana przez wielu  najpiękniejszą, jaka kiedykolwiek powstała, jeden z cudów świata średniowiecznego. Widok białego marmuru, skąpanego w pierwszych promieniach słońca jest tak romantyczny, jak jego historia. Taj Mahal powstał na zlecenie władcy Shaha Jahana, aby uczcić pamięć swojej ukochanej, lecz nie jedynej, żony, która zmarła, dając życie jego czternastemu dziecku. Podobno jej śmierć sprawiła, że Shah osiwiał w ciągu jednej nocy. Taj Mahal to owoc wielkiej miłości. Jednak Mumtaz nie była aż tak wyjątkowa, pozostałe żony również miały otrzymać swoje pałace, każdy w innym kolorze. Do zakończenia tego planu nie dopuścił syn władcy, wtrącając ojca do więzienia, by ten nie roztrwonił wszystkich pieniędzy.

taj z dachu

Panorama z cudem świata.

taj mahal i turysci

Czego nie widać na pocztówce.

taj mahal skaczemy

Dla mojej mamy ładne są tylko te zdjęcia, na których jest ona.

mgła

Udało nam się oglądać Taj tylko przez chwilę, później wszystko przykryła bezlitosna gęsta mgła.

brama taj


baby taj

grobowiec teścia - Baby Taj Mahal

ja

wiewiórka

Wszędobylskie wiewiórki palmowe chętnie jedzą z ręki.

fort agra

Znajdź papużki na obrazku. Fort Agra.

gówno

Kto zgadnie, co ona tam niesie? - krowie chapati:P

riksza

Przyuczyłam się do nowego zawodu - kierowca tuk-tuka

 



środa, 20 lutego 2013

Ledwie zdążyłam się położyć, już obudził mnie telefon z recepcji.
- Taxi już czeka, proszę Pani.
Odpowiedziałam półprzytomnym głosem, że już schodzimy i zerknęłam na zegarek - 6.00. Co jest grane? Za chwilę walenie do drzwi.
Facet, któremu otworzyłam, gadał coś o zamówionej taksówce i lotnisku. Nie ,to nie dla nas. Coś im się pomyliło. Wielkie dzięki!
Zamknęłam na chwilę oczy i już zaraz musiałyśmy wstawać na pociąg do Agry.

pociag


Zaryzykowałyśmy, kupując jedzenie pociągowe, czego efektem był następujący problem - co zrobić ze śmieciami? Problem, który w tym kraju nikogo nie spotyka. Próbując pytać o drogę do kosza na śmieci, napotkałam zdziwione spojrzenia osób wskazujących na okno. Takie same, jak chwilę wcześniej, gdy nie chciałam rzucić na podłogę złapanego w chustkę karalucha. W końcu ktoś pokazał mi szafkę z otworem, w której, jak mniemam, powinien stać pojemnik na śmieci. Kosza nie było, tacę z resztkami położyłam na ziemi, zgodnie ze wskazówkami jakiegoś Pana i zamknęłam szafkę.
Niech żyją karaluchy!

wielbłądy


Ruch uliczny w Agrze.

krowy

Krowy przynajmniej wiedzą, że ruch jest lewostronny.

mięsny

Sklep mięsny.

pakora

Trochę mnie kręci w brzuchu...

wtorek, 19 lutego 2013

Jakby w odpowiedzi na ogarniające mnie lenistwo, dzień zaczął się deszczowo. Nie wiedziałyśmy, że będziemy wkrótce bardzo żałować przebimbanego poranka. Nic tak nie dobija, jak nieudane zakupy. Wygramoliłyśmy się zbyt późno, żeby uszyto nam elegancki strój w stylu punjabi. Ale problemy zaczęły się dopiero, kiedy okazało się, że Atul nie pojedzie z nami rano do Agry tak jak się umawialiśmy, a co gorsza nie kupił nam biletów kolejowych na dalszą podróż. Wyglądało na to, że utkniemy w Delhi. Nad naszą wyprawą wisiało realne widmo klęski.

Byłam zdenerwowana, ale wiedziałam, że na razie nic nie mogę poradzić, i kompletnie nie wiedziałam, co zrobić, dokąd iść, jak wysiądziemy z pociągu w Delhi. Dopiero później zdałam sobie sprawę z tego, że to jest właśnie w podróży najpiękniejsze, że nie da się wszystkiego przewidzieć. Można planować, dając sobie względne poczucie bezpieczeństwa, ale w pewnym momencie trzeba po prostu dać się ponieść; wyruszyć w drogę i jechać w nieznane z myślą, że dopiero na miejscu się zobaczy, co dalej. Wszystko się okazuje dopiero na miejscu, a my możemy tylko otworzyć szeroko oczy i umysły i czekać na niespodzianki, które ma dla nas los.

Dojechałyśmy do Delhi w środku nocy. Przyrzekłam sobie, że nie spocznę, póki nie osiągnę swojego celu. Zaczęło się nerwowo: fałszywe porady, podejrzane taksówki, których numery rejestracyjne przesyłałam do Polski na wszelki wypadek, krążenie w środku nocy po podejrzanej okolicy, kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa, wciskane przez każdego napotkanego człowieka, chcącego naszych pieniędzy. Niewiele brakowało, żebym dała się przekonać, że  nie mamy innego wyjścia, jak tylko wynająć kierowcę na całą trasę. Ile byśmy wtedy straciły! Ściema za ściemą, biuro niby pańtwowe, lecz strony internetowej brak, hasła do wifi nikt nie zna, wizytówki w druku. Kiedy, usłyszawszy kolejną absurdalną informację, wyśmiałam taksówkarza, ten obraził się i wywalił nas z auta z powrotem na dworcu. Wiedziałam, że w tej sytuacji mogą pomóc nam tylko oszuści z pierwszego dnia w Delhi. Byłam bardzo ostrożna i nieufna, zadawałam milion pytań, aż zaczęłam powoli czuć, że ich wszystkich rozgryzłam.

I... udało się! Oto trzymałam w ręku wszystkie potrzebne bilety. Można by pomyśleć, że ciężko się tu odnaleźć i cokolwiek załatwić, ale przecież prawda jest taka, że w tym kraju można załatwić wszystko. Bo, jak to mówią, chcieć to móc;)

brudny kibel
Dla wszystkich Pań i Panów ku przestrodze. Oto jak wygląda nigdy niesprzątana łazienka.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Basant Panchami

Już myślałam, że odniosłam totalną porażkę, że pojechałyśmy taki kawał drogi na sam koniec Indii, na zimną północ tylko po to, żeby zobaczyć festiwal pierwszego dnia wiosny. W lutym. Ale powiedziano mi, że święto było wczoraj, a ja je przegapiłam.
Wstałam rano bez jakiejkolwiek motywacji i przeświadczeniem, że nic ciekawego już mnie tu nie czeka. Jakże się myliłam.
Gdy w końcu zrezygnowana wystawiłam nos z hotelu, coś mnie popchnęło w kierunku uśmiechniętego sikha na zdezelowanej rikszy. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, kiedy okazałam zainteresowanie jego tradycją, i zaczął pedałować, wioząc nas w obłokach spalin w kierunku Gurudwara Chheharta Sahib, małej świątyni na przedmieściach Amritsaru wzniesionej na cześć syna Szóstego Guru. Święto Basant Panchami jest różnie obchodzone w różnych zakątkach kraju - od noszenia ubrań w kolorze żółtych pól kwitnących kwiatów gorczycy zaczynając, przez puszczanie latawców w Punjabie, na modlitwach, wznoszonych przez hinduskich studentów do bogini mądrości Saraswati, kończąc.


Riksza kluczyła między tuk-tukami, pieszymi, autami i motocyklami, a my trzymałyśmy się kurczowo w obawie o nasze życie. Niewiele brakowało, żebym w pewnym momencie zawiesiła się na szyi nadjeżdżającego z boku konia. Zjechaliśmy z głównej drogi, by po chwili stanąć w ogromnym korku. Wąską uliczką jechały ciężarówki upakowane machającymi do nas ludźmi. Wysoko nad naszymi głowami unosiły się latawce. Kiedy wesoły sikh obiecał zaopiekować się nami, Wchłonął nas tłum napierający do przodu w celu prześlizgnięcia się pod unoszonym na 5 sekund szlabanem z kija od szczotki.
No i wtedy zaczęła się zabawa. Kolejny raz okazało się, że nie ma nic ciekawszego poza dwiema białymi kobietami w tłumie tubylców. Możliwe, że niektórzy z nich widzieli blondynkę pierwszy raz w życiu. Dlatego w euforii bez wahania wciskali mi swoje malutkie dzieci. Podczas organizacji budżetu na kolejną wyprawę muszę przemyśleć pomysł pobierania opłat za pozowanie do zdjęć;)

Basant Panchami

motocykle na Basant Panchami

Zaraz, zaraz, znalazła się też zapłata. W pewnym momencie nasz przewodnik w niebieskim turbanie wcisnął mi metalowy talerz, wyjęty z wielkiego kosza. Znowu kolejka i nerwowe oczekiwanie. Czy te talerze były myte w tym basenie, w którym przed chwilą widziałam obmywających się ludzi przed modlitwą?

Drzwi otwarte.
Biegiem! Jeść dają!

Basant Panchami


Naszym oczom ukazała się ogromna sala, pełna ludzi siedzących w szeregach naprzeciw siebie. Metalowe talerze leżały przed nimi na podłodze. Musiałam szybko przerwać obserwacje, gdyż mój wzrok powędrował do ryżu z sosem, przyklejającego się do moich bosych stóp.

Tak jak cała reszta, usiadłyśmy na masakrycznie upaćkanych dywanikach i pozwoliłyśmy nałożyć sobie prosto z kubła kleksa dalu o wyglądzie rzadkiej kupy oraz garść ryżu (dosłownie) z chlebkiem chapati. Zjadłam z apetytem, nie myśląc, skąd to się wzięło.
Przekonałam się o tym zaraz po wyjściu. Moim oczom ukazał się gigantyczny kocioł, w którym na wolnym ogniu gotowała się jego zawartość. Co chwilę dosypywano coś wiadrami, a trzy osoby mieliły w tym łopatami. Czy tak wygląda raj?:D
Według naszego sikha, darmowe jedzenie dobrze smakuje tylko w małej ilości.
Chyba powinnam była go uświadomić, że Polakom darmowe jedzenie  smakuje najlepiej w każdej ilości.

jedzenie Basant Panchami

jedzenie Basant Panchami


Kiedy moje stopy były już równomiernie obklejone jedzeniem, odzyskałam swoje buty i wsiadłam na zdezelowaną rikszę. Odczuwana przez nas ogromna radość zaowocowała takim napiwkiem, żeby dziadzio mógł zrobić sobie wakacje do końca tygodnia. Wiedział, że opłaca się uszczęśliwiać kobiety.

 
1 , 2